niedziela, 23 kwietnia 2017

Scott Smith "Ruiny"

Do lektury "Ruin" Scotta Smitha zasiadłam z nieukrywanym strachem. Bałam się, że stracę czas. Obawy były spowodowane tym, że miałam kiedyś nieszczęście zawiesić oko na filmie pod tym samym tytułem, który w 2008 roku opuścił Hollywood. Film okazał się być jednym wielkim stekiem bzdur, całkowicie pozbawionym napięcia, niczym nie różniącym się od dziesiątek, jeśli nie setek, horrorów klasy B, które trafiają do kin, albo są tak słabe, że nawet na to nie mogą liczyć. Obawy przed książką były więc uzasadnione, ale uparłam się na nią, ponieważ wybrałam ją jako jedną do realizacji wyzwania czytelniczego na 2017 rok.

Warto było się przełamać. Książka, chociaż może nie przeraża, to jednak wciąga czytelnika, rozbudza jego wyobraźnię. Zarys fabuły jest następujący: kilku przyjaciół jedzie na wakacje do Meksyku. Na miejscu poznają innych turystów, z którymi rozrywkowo spędzają czas i decydują się na wspólną wyprawę w poszukiwaniu brata jednego z nowo poznanych Niemców - mężczyzna ruszył w dżunglę za kobietą, pracującą na pobliskim stanowisku archeologicznym. Wyprawa, zaplanowana na zaledwie jeden dzień, szybko przeradza się w walkę o życie. Poszukiwanych nie udaje się odnaleźć, wrócić do hotelu też się nie da - polana, na której zatrzymali się przyjaciele, otoczona zostaje przez lokalnych Majów. Uzbrojonych i bardzo zdeterminowanych, aby nikogo z polany nie wypuścić. Bohaterowie znajdują się w pułapce, w której nikt nie jest bezpieczny. Brakuje wody, pożywienia, medykamentów, zimnej krwi. A do tego w zaroślach czai się niebezpieczeństwo, z którym można walczyć, ale nie można wygrać.

Przyznaję, że fabuła nie porywa. jest prosta jak konstrukcja cepa, mówiąc obrazowo. Poszli, zaginęli, poumierali. I oczekiwanie na happy end. Jest jednak w "Ruinach" coś, co sprawia, że książka nie nudzi się. Moim zdaniem to nawet kilka rzeczy, z których pierwszą jest realne przedstawienie postaci. Każda z nich jest inna i plastyczna. Niektórzy bohaterowie budzą sympatię, inni niechęć, zjednują sobie czytelnika lub sprawiają, że im współczujemy, mamy nadzieję, że się w końcu zamkną, przestaną gadać, albo też odwrotnie - opowiedzą o sobie coś więcej. Każda ze stworzonych przez Smitha osób jest inna. Każda posiada bardzo mocno zarysowaną osobowość - wiemy, jakich reakcji można się po poszczególnych bohaterach spodziewać, chociaż nie dostajemy zbyt wiele wiadomości na temat przeszłości, która ich ukształtowała. Zachowania i myśli bohaterów są bardzo plastyczne, realne, chociaż niektórym (co wiem z innych recenzji) mogą się one wydawać zbyt brutalne, czasem nie na miejscu. Moim zdaniem autor bardzo dobrze odwzorował nieprzewidywalność oraz niejednoznaczność ludzkich zachowań w chwilach zagrożenia życia. Nie zapominajmy o tym, że bohaterom kończy się woda, kończy się pożywienie, upał wycieńcza a dodatkowo czający się w pobliżu wróg nie daje spokojnie spać.

Jeśli chodzi o samego wroga, z którym przychodzi zmierzyć się zagubionych turystom w samym środku południowoamerykańskiej dżungli, to muszę powiedzieć, że spodziewałam się czegoś nieprzemyślanego i ogólnie "kiszkowatego" - na to nastawił mnie film. W rzeczywistości jednak wróg okazał się naprawdę trudny do pokonania, w pewnym stopniu nawet przerażający. Nie oznacza to jednak, że książka była dla mnie przerażająca - nie, ale sam przeciwnik, tak inny od wszystkich, jakie serwuje nam literatura grozy, nie pozwala człowiekowi przejść obok książki obojętnie.

W mojej opinii książka jest warta uwagi - szczególnie, jeśli znacie już film, jako przykład tego, jak spaprać kawałek niezłej opowieści tworząc z niej film o bardzo wątpliwych walorach. Nie uważam, aby "Ruiny" zasługiwały na miano horroru dziesięciolecia (ubiegłego), ale faktycznie warto po nie sięgnąć. A czyta się błyskawicznie.

Scott Smith "Ruiny, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2007.

Sylwia Tomasik

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz