niedziela, 26 lutego 2017

Charles H. Hapgood "Tajemnica Acambaro. Dinozaury przetrwały do naszych czasów"

Pozwolę sobie najpierw wyjaśnić, dlaczego w ogóle sięgnęłam po książkę "Tajemnica Acambaro", zanim zdążycie sami sobie wyrobicie o mnie jakieś niezbyt pochlebne zdanie. Po książki wpisujące się w nurt "Księgi tajemnic" (tak nazywa się seria Amberu, w której u nas ukazała się "praca" Hapgooda) wyciągam rękę ze zwykłej ludzkiej ciekawości. Daleka jestem od wiary w to, że gdzieś jeszcze żyją dinozaury. Ale chcę wiedzieć, dlatego ktoś uważa inaczej, jakie ma na to argumenty. Nie zamykam się na żadne pomysły, dopóki sama ich nie sprawdzę. I chociaż jak do tej pory właściwie wszystkie moje spotkania z wiedzą kontrowersyjną wymazały mi z umysłu ostatnie nadzieje na to, że nawiedzają nas duchy i ufo a człowiek może lewitować, to wciąż sprawdzam nowe tropy. Nawet jeśli wszystkie prowadzą wyłącznie do racjonalnych wyjaśnień, to mnie to satysfakcjonuje. Wiedza kontrowersyjna zamienia się wówczas w naukową (mistrzostwo w kierunku takiego przeistoczenia wiedzy osiągnęła Mary Roach w "Duchu", o czym napiszę w jednej z kolejnych recenzji), a to chyba najważniejsze.

Skupmy się zatem na "Tajemnicy Acambaro" Charlesa H. Hapgooda. Amber czaruje czytelników zamieszczając na okładce informację: "Najbardziej kontrowersyjna książka kontrowersyjnego autora". No cóż, zaczyna się ciekawie. Na tylnej okładce z kolei: "Fascynujące dowody koegzystencji dinozaurów z ludźmi kilka tysięcy lat temu". Jeszcze ciekawiej. Chodzi bowiem tytułowe Acambaro (miasto w Meksyku), a właściwie znalezione w nim w 1944 roku figurki przedstawiające ludzi i zwierzęta. Rzecz w tym, że zwierzęta te nie przypominają dzisiaj żyjących gatunków, ale bliżej im do dinozaurów, przy czym podobieństwo raz jest większe, raz mniejsze. Dzisiaj figurki uznaje się za fałszerstwo (nie oszukujmy się, w czasach kiedy Hapgood pisał swoją książkę - ok. 1973 r. - również), a ja, patrząc na nie okiem osoby niezwiązanej z archeologią stwierdzam - nie wyglądają one na twór cywilizacji z Ameryki sprzed kilku tysięcy lat, ale raczej jak dziecięce zabawy w glinie. Albo nawet jak próby mistyfikacji dziecięcych zabaw w glinie. Jakby ręka dojrzałego współczesnego człowieka próbowała stworzyć coś jak dziecko. Sami oceńcie, załączam zdjęcia.Rzecz zatem w tym, że Hapgoood zaciekle broni pomysłu, że figurki pochodzą sprzed kilku tysięcy lat i dowodzą koegzystencji ludzi z dinozaurami na terenach dzisiejszego Meksyku. W swojej książce "Tajemnica Acambro" postanawia on udowodnić prawdziwość swojej teorii. Nie ogranicza się jednak do wykazania, że figurki są prawdziwe, że przedstawiają konkretne gatunki dinozaurów, że ich wiek został potwierdzony przez naukowców (co do tego akurat nie ma zgodności, datowanie nie dało całkowitej pewności). Przedstawia czytelnikom dziesiątki opowieści o tym, że ludzi i dinozaury spotkali się ze sobą nieraz i to wcale nie przed tysiącleciami, ale nawet kilka dziesięcioleci temu.

Książka została podzielona na trzy części, z których ta poświęcona samym figurkom z Acambaro jest najkrótsza. Dwie pozostałe dotyczą obecności dinozaurów we współczesnym świecie. Pierwszy rodzi pytanie: czy dinozaury przetrwały do naszych czasów? Drugi udziela odpowiedzi: smoki naprawdę istniały. W jaki sposób autor nam to udowadnia? Przede wszystkim przywołując, jak już pisałam, dziesiątki relacji ze spotkań ludzi ze stworami, które dzięki bujnej wyobraźni można nazwać dinozaurami. Najwięcej relacji dotyczy spotkań z wielkimi ptakami o błoniastych skrzydłach, które są dla Hapgooda pterozaurami. Sporo relacji dotyczy stworzeń wodnych, w tym i potwora z Loch Ness. Niestety, relacje nie budzą zaufania. Nieuważny czytelnik może dać im jednak wiarę, ponieważ większość z nich opatrzona jest przypisami, które zamieszczone są na końcu książki. I tu pojawiają się dwa problemy. W tekście znalazłam wiele odwołań, przy czym najwyższe miało numer 58. Przypisy natomiast kończą się na numerze 19 dla rozdziału pierwszego, 39 dla rozdziału
drugiego oraz 9dla rozdziału trzeciego (tak, przypisy w każdym z rozdziałów mają osobną numerację). Gdzie szukać brakujących odwołań - nie wiem. Druga sprawa, odwołania, które faktycznie istnieją nie odnoszą się do źródeł pierwotnych. Nie dowiemy się zatem, z jakich dokładnie numerów przywoływanych pisma czasopism pochodzą cytaty opisujące spotkania ludzi z potworami. Nie ma więc szans na sprawdzenie, czy historie kiedykolwiek były w prasie przedstawiane. Wszystkie przypisy odwołują się do książek innych autorów, którzy owe pisma cytowali u siebie.

Znaczna część historii w ogóle nie ma prawa mieć charakteru argumentu, ponieważ są to historie zasłyszane przez autora od mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Autor podróżował po Ameryce w poszukiwaniu świadectw kontaktów z dinozaurami. Co ciekawe, świadectwa takie napotykał niemal każdego dnia (co chwilę pojawiają się słowa "następnego dnia udałem się do..., gdzie usłyszałem historię o..."). Cóż, dziwny to kraj, ale nie mnie oceniać, u nas to "raczej"  niemożliwe, ale może akurat u nich pterozaury nad głowami to norma. Wątpliwości  na temat prawdziwości przytaczanych opowieści dopadają samego autora, który pisze: "Być może obie historie są zmyślone, ale nie ma dymu bez ognia", "Choć takie sensacyjne doniesienia są niekiedy zmyślane przez znudzonych dziennikarzy prasy brukowej, to jednak fakt, iż w ogóle się pojawiają, należy tłumaczyć inspiracją prawdziwymi zdarzeniami".


Doszliśmy w ten sposób do kolejnej ważnej kwestii, jaką jest stosowane przez Hapgooda nazewnictwo. Powołując się bowiem na jedną z relacji ze spotkania z latającym dinozaurem, które rzekomo miało miejsce dobry wiek temu, nie godzi się on na to, aby pterodaktyl mógł mieć około 27 metrów rozpiętości skrzydeł. Słusznie, przecież pterodaktyle były małymi dinozaurami a rozpiętość ich skrzydeł ledwo przekraczała metr (tak, 1 metr). No dobrze, może w takim razie chodziło mu o pterozaury? A może o pteronodonty? Ciężko powiedzieć, ponieważ autor żongluje tymi pojęciami, stosuje je wymiennie. Słabo jak na kogoś, kto się nazywa naukowcem. W ogóle w kilku miejscach autor gubi się w informacjach na temat wielkości latających dinozaurów jakby poddając w wątpliwość to, aby mogły one mieć skrzydła o kilkunastometrowej rozpiętości (mogły, jak chociażby kecalkoathl, ale o tym Hapgood mógł nie wiedzieć, ponieważ dinozaur ten został odkryty dwa lata po wydaniu "Tajemnicy Acambaro" - co nie zmienia faktu, że można było dokonać aktualizacji wydania). Drobne błędy pojawiają się w całej książce. Jak chociażby czas wyginięcia coelacantha - na jednej stronie jest to 200 000 000 lat temu, na drugiej już tylko 40 000 000 lat temu.

Fotografie, ilustracje, rysunki. Powinny ułatwić odbiór książki. Niestety, nic z tych rzeczy. Większość z nich sprawia wrażenie wyrwanych z dziecięcych książeczek (i jeszcze te podpisy, jak przy smoku, którego podobizna została przedstawiona na fotografii obok). Poza tym autor powołuje się na przykład na słowa Arthura Conan Doyle'a, który w książce "Zaginiony świat" stworzył historię odkrycia nieznanego lądu, na którym uchowały się dinozaury. Za przykład dinozaura, który przetrwał do naszych czasów Hapgood bierze nawet tzw. diabła z Jersey, rzekomego stwora, dwunożnego konia z błoniastymi skrzydłami... Uprzedzam pytania: nie, na jego istnienie również nie ma bezpośrednich dowodów.

Chcę obiektywnie ocenić pracę Hapgooda, więc nie będę oceniać samego pomysłu koegzystencji ludzi i dinozaurów. Z resztą, pomysł mi się podoba, bez względu na to, czy wierzę w taką możliwość, czy też nie. Sama książka jednak pozostawia wiele do życzenia. Przede wszystkim nie przedstawia żadnych argumentów mierzalnych, dających się sprawdzić. Wszędzie tylko domysły, zasłyszane historie, coś, czego czytelnik nie może zweryfikować. Poza tym błędy logiczne, niedociągnięcia redakcyjne. Nie liczyłam na naukowy wywód, ale na paranaukową opowieść, w którą być może będę w stanie uwierzyć, ponieważ książce brakuje chociażby pozorów staranności. Przykro mi, tym razem pozostaję na ziemi, wyciągam głowę z chmur.

Sylwia Tomasik

Charles H. Hapgood "Tajemnica Acambaro. Dinozaury przetrwały do naszych czasów", Amber, Warszawa 2002.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz