Pamiętacie, co działo się w Londynie w 1888 roku? Wciąż nie mamy pewności, kim był tajemniczy morderca, który pozbawił życia przynajmniej pięć kobiet trudniących się nierządem. Jego legenda przynosi złą sławę Whitechapel i okolicom aż do dziś, a niepewna tożsamość Kuby Rozpruwacza nadaje całej historii pikanterii, nic dziwnego zatem w tym, że pisarze, scenarzyści, muzycy wciąż wracają w swoich pracach do tamtych straszliwych wydarzeń.
Thomas Pitt na szczęście nie jest sam i w rozwiązaniu sprawy pomaga mu jego żona. Jak można się domyślać, nie robi tego z jego polecenia ani nawet za jego wiedzą. Bałam się, że udział kobiet w śledztwie doprowadzi do upadku potoczystości powieści, bo jakieś dziwne przeświadczenie każe mi trzymać się na baczności, jeśli do akcji wkracza kobieta i chce na własną rękę rozwiązać sprawę. Na szczęście Perry idealnie wyważyła obecność płci pięknej w śledztwie i do katastrofy nie doprowadziła. Znakomicie za to nakreśliła pozycję kobiet w wiktoriańskiej Anglii i ich rozterki, marzenia, możliwości.
Nie tylko sytuacja kobiet w społeczeństwie została przez Anne Perry świetnie odwzorowana, ale także warunki pracy i życia prostytutek na Whitechapel, sposób spędzania czasu przez osoby pochodzące z wyższych sfer, relacje panujące między przedstawicielami różnych stanów. Osobiście uwielbiam historie osadzone w wiktoriańskiej Anglii i Stanach Zjednoczonych tych samych czasów. To nie tylko wspaniałe źródło rozrywki, ale także czas, który w moich oczach jawi się zawsze jako przepełniony szarością, mgłą, brudnymi ulicami i wszechobecną tajemnicą. Poszukiwanie jej źródła oraz rozwiązania zawsze sprawiało mi wiele radości i tak samo było i tym razem, bo zagadka była bardzo dobrze spleciona, nastąpiło kilka zwrotów akcji, intryga mocno się zacieśniała. Ale pozytywy dotyczą głównie warstwy fabularnej.
Niewiele zarzutów, ale jednak mam, w stosunku do samej warstwy strukturalnej powieści. Brakło jakiejś iskry, która sprawiłaby, że powieść ta przez długi czas nie opuści moich myśli, bo wiem już, że tak nie jest i z utęsknieniem spoglądam na stosik książek do przeczytania. Ponad to bohaterowie wciąż wspominają o tym, że minęły dwa lata od kiedy Kuba Rozpruwacz zaprzestał swojej działalności i mieli oni nadzieję, że morderstwa prostytutek przestaną się powtarzać, a w sytuacji nowej zbrodni nadzieje te zdają się wygasać. Tymczasem w rzeczywistości na pięciu morderstwach się nie skończyło i trwały one aż do końca 1891 roku. Ale przecież „Klub Ognia Piekielnego” to kryminał, historyczny co prawda, ale nie wymagajmy od niego, by z reporterską precyzją oddawał zbrodniczą historię Londynu.
Po przeczytaniu powieści Anne Perry mam mieszane uczucia i chociaż nie rozpamiętuję jej fabuły, to jednak z Londynu myślami uwolnić się nie mogę. Proszę mnie zatem dobrze zrozumieć – „Klub Ognia Piekielnego” jest naprawdę dobrą powieścią, jej czytanie sprawia przyjemność i pozwala się poczuć tak, jakby się było uczestnikiem wydarzeń w prawdziwym wiktoriańskim Londynie. Wielki plus za staranne i dopracowane przedstawienie realiów. Minus za pewną rutynę, którą daje się wyczuć w warsztacie, ale tu nie należy się dziwić, wszak Anne Perry napisała niemalże trzydzieści powieści z Thomasem Pitt’em w roli głównej. Słowem podsumowania: jestem na tak. Jesienne wieczory idealnie zgrywają się z atmosferą powieści, zapraszam zatem do lektury.
Sylwia Tomasik
Anne Perry, Klub Ognia Piekielnego, Poznań 2013.
Sylwia Tomasik
Anne Perry, Klub Ognia Piekielnego, Poznań 2013.
Recenzja pierwotnie ukazała się w serwisie Bookeriada.pl.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz